kstoch

Olimpijskie złota, Kryształowe Kule za zwycięstwo w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata, triumfy w Turnieju Czterech Skoczni i tytuły mistrza świata. To wszystko Kamil Stoch już ma i – patrząc na dorobek – jest bardziej utytułowanym zawodnikiem od Adama Małysza. Jednak, aby powiedzieć, że w skokach narciarskich osiągnął wszystko, brakuje mu ostatniego skalpu – tytułu mistrza świata w lotach. W swojej ukochanej Planicy, gdzie poznał przyszłą żonę i przeżył wiele pięknych chwil, ma teraz szansę spiąć klamrą fenomenalną karierę.

Gdyby decydowały pierwsze kontakty z Planicą, Kamil Stoch pewnie nigdy nie pokochałby tego miejsca i nie nazwał drugim domem. 2003 rok. Piętnastoletni skoczek z podzakopiańskiego Zębu po raz pierwszy pojawia się w tej malowniczej słoweńskiej dolinie, mekce skoków narciarskich. Zajmuje piętnaste miejsce indywidualnie i siódme w drużynie w Olimpijskim Festiwalu Młodzieży Europy. Trzy lata później po raz pierwszy dostaje szansę zmierzenia się z legendarną Letalnicą, największą skocznią świata. Pomimo dobrych skoków treningowych, w kwalifikacjach osiąga zaledwie 177,5 metra, nie wchodzi do konkursu. Chociaż w późniejszych latach wielokrotnie będzie tu triumfował, ustanowi rekord świata w długości lotu i odbierze Kryształowe Kule, paradoksalnie to ten pierwszy pucharowy weekend w Słowenii będzie miał największy wpływ na jego życie, a wszystko za sprawą pięknej fotoreporterki.

Miłość, miłość w Kranjskiej Gorze

Kamil kojarzył o rok starszą Ewę Bilan z zakopiańskiej Szkoły Mistrzostwa Sportowego. Piękna judoczka nie zwracała jednak wówczas uwagi na młodszego skoczka. Wszystko zmieniło się w Planicy. Podłamany po odpadnięciu w kwalifikacjach Stoch wpadł na ulicach Kranjskiej Gory, gdzie podczas zawodów na Letalnicy są zakwaterowani skoczkowie, na dziewczynę, która podobała mu się już w szkole. Ewa Bilan wybrała się na zawody jako ucząca się fachu fotoreporterka. Kamil zebrał się na odwagę, zagadał na ulicy, zaprosił ją na randkę. Trzy lata później w tym samym miejscu uklęknął przed nią, pomimo tłumu ludzi wokół, i poprosił o rękę. Po roku wzięli ślub. Cały czas są niezwykle zgodną parą, która regularnie celebruje swoją miłość. – Jestem szczęściarzem, żona jest moim Aniołem Stróżem. Dzięki niej rozwinąłem skrzydła, zbudowałem poczucie własnej wartości. Wziąłem ślub wcześnie, ale chciałem wracać do kogoś, z kim mogę pogadać o wszystkim, przytulić się i wyjść na kolację. Znalazłem najodpowiedniejszą osobę – podkreślał skoczek z Zębu. Dla obojga małżonków Planica, Kranjska Gora, i pobliskie Tarvisio to magiczne miejsca, gdzie chętnie wspominają początki swojej znajomości. Co roku udają się wspólnie do tej samej restauracji, w której byli na pierwszej randce. To ich romantyczna tradycja.

Sukces i sukcesja

W środowisku skoczków narciarskich popularna była niegdyś teza, jakoby po ślubie skakało się 10 metrów krócej, a po narodzinach pierwszego dziecka – 20. Tę dość oczywistą bzdurę łatwo obala przykład Stocha, który pierwsze sukcesy osiągnął po ożenku ze swoją ukochaną. Sezon 2010/11 był dla młodego małżonka przełomowy – przebił się do czołówki, wygrywając po raz pierwszy w życiu konkursy Pucharu Świata. Pierwszy w Zakopanem, drugi w Klingenthal i trzeci, jakżeby inaczej, na Letalnicy. To była symboliczna chwila dla polskich skoków. W tym samym konkursie na najniższym stopniu podium stanął kończący karierę Adam Małysz. Triumfator z Zębu w tradycyjnym stroju nisko kłaniał się mistrzowi z Wisły. I chociaż Stoch przez całe życie odżegnuje się od porównań ze słynnym starszym kolegą, to trudno tej chwili odmówić niezwykłej symboliki.

Na kolejne podia w Planicy Stoch musiał czekać aż siedem lat, w czasie których część dziennikarzy zdążyła już dojść do wniosku, że Kamil nie nadaje się do lotów. Kiedy ówczesny trener naszej kadry Łukasz Kruczek usłyszał tę teorię, wybuchnął śmiechem. Po zwycięstwie Stocha w Vikersund wypominał przedstawicielom mediów ten brak wiary w lotniczy talent skoczka. Nie zmienia to faktu, że w zawodach o Puchar Świata na największych skoczniach świata, w Planicy i Vikersundzie, Polak wygrywał dotąd „tylko” czterokrotnie. Co ciekawe, nasz czołowy zawodnik, kiedy już na tych obiektach staje na podium, zawsze wygrywa! Ani razu nie był drugi ani trzeci.

Realnie rozpatrując szanse Polaka na zwycięstwo, trzeba wziąć pod uwagę dwa czynniki. Pierwszym, korzystnym dla naszych reprezentantów, prawdopodobnie będzie wiatr. Konkursy w Planicy zawsze były rozgrywane we wczesnych godzinach porannych, kiedy wiatr wiał pod narty. Takie warunki są najkorzystniejsze dla Norwegów, którzy ze względu na preferowaną technikę lotu najlepiej potrafią to wykorzystać. Po południu, kiedy będą rozgrywane tegoroczne mistrzostwa świata w lotach, masy powietrza będą się przesuwać ku dnu doliny, co poskutkuje wiatrem w plecy. To okoliczności sprzyjające naszym zawodnikom, przede wszystkim Piotrowi Żyle i Kamilowi Stochowi. Z drugiej jednak strony, do końcowego sukcesu jeszcze bardziej niż w zwykłych konkursach, niezbędna będzie stabilna, wysoka forma. Na końcowy wynik będą się składać wyniki z czterech serii konkursowych. Każdy zepsuty skok oznacza kres marzeń. A niestety Stoch na początku tego sezonu skoki wybitne przeplata tymi słabszymi. Stąd, wedle ekspertów z legalnej firmy bukmacherskiej Totolotek, nasz najbardziej utytułowany zawodnik nie będzie faworytem do zwycięstwa. Za jedną złotówkę postawioną na jego wygraną, można zarobić w Totolotku aż 20 złotych (minus podatek). Największe szanse na mistrzostwo będą mieli dwaj dominatorzy początku sezonu: Markus Eisenbichler (kurs 3) i Halvor Egner Granerud (kurs 4) z Norwegii. W przypadku obu jednak znakiem zapytania jest odporność psychiczna, która może być kluczowa – tu kolejny plus należy postawić przy naszych niezwykle doświadczonych lotnikach. – Chciałbym kiedyś polecieć tak daleko, żeby na dole mnie „poskładało” – zdradził kiedyś dziennikarzom Piotr Żyła i to jego szanse, biorąc pod uwagę aktualną formę, prawdopodobne warunki i lotniczy talent, należy oceniać najwyżej z naszej kadry.

Dorównać Nykänenowi

Jedynym zawodnikiem, który osiągnął w skokach wszystko: był indywidualnym mistrzem świata w narciarstwie klasycznym, w lotach narciarskich, mistrzem olimpijskim, zdobywcą Kryształowej Kuli za zwycięstwo w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata i triumfował w Turnieju Czterech Skoczni, był Fin Matti Nykänen. Dwa lata temu Kamil Stoch był o krok od wyrównania tego osiągnięcia, jednak na MŚ w lotach w Oberstdorfie przegrał z Danielem Andre Tande i zdobył srebrny medal. I chociaż skoczkowie są coraz bardziej długowieczni, a zawody na mamucich obiektach premiują doświadczonych zawodników, MŚ w Planicy mogą być ostatnią możliwością na skompletowanie korony skoków narciarskich dla Orła z Zębu. Kolejna taka impreza odbędzie się co prawda już za niecałe półtora roku, ale lotnicy będą rywalizować na mniej lubianym przez Polaka obiekcie w Vikersundzie, a Stoch będzie już miał blisko 35 lat. Najstarszym dotychczas mistrzem świata w lotach był 30-letni Robert Kranjec. Czy Stocha stać na to, żeby w swojej ukochanej Planicy domknąć klamrą przepiękną karierę? Niewątpliwie. Musi tylko, parafrazując słynne słowa Adama Małysza, oddać cztery równe skoki. I wtedy „Śnieżna Królowa”, jak Słoweńcy nazywają Planicę, będzie musiała mu się pokłonić i oddać królewskie insygnia.

mat. sportowy/fot. Marcin Kadziolka